Chciałam uniknąć spoilerów, ale cóż rękawica została rzucona... Z tym ego to chodziło głownie o dwie rzeczy: a) Główny bohater wydaje się być bardziej zajęty ustalaniem hierarchii w stadzie i uprawomocnieniem swojej pozycji samca alfa niż tym co się dzieje wokół niego (po co ta wojna?, co ja tu właściwie robię?). Stawką nie jest to czy rozbroisz bombę tylko czy zrobisz to w sposób spektakularny (+2 lansu wśród kolegów i dowództwa). b) Po powrocie z wojny główny bohater nie może się odnaleźć. Była żona go ignoruje, a dziecko jest za małe żeby go zrozumieć. Nasz hero powraca więc na stare śmieci, tam gdzie czuje się doceniony i może się spełnić. Trudno mi było się identyfikować z głównym bohaterem i stąd moja taka a nie inna ocena filmu.
W zasadzie nie przeczę, że moglo tu być sporo o męskim ego, bo trudno żeby było o kobiecym, ale...
Coś mi się zdaje, że nie polubiłaś specjalnie Jamesa i uważasz go za uosobienie machismo.
a) Uważam, że James to typ najemnika, któremu powody, dla których toczy się wojnę, są całkowicie obojętne. Wojna to wojna. Całe życie na jakąś jeździł, potem wracał, potem jechał na następną. Rozbraja bomby i niewiele więcej go obchodzi. Aby rozbrajać je tak, jak lubi, tj ryzykancko, musi ustawić się jako samiec alfa. Akurat w czasie rozmowy z dowództwem sprawial wrażenie zakłopotanego. b) Oczywiście, że ma trudności, żeby się odnaleźć. Tylko wcale nie chodzi o żonę, która ignoruje, chodzi o to, że brakuje mu adrenaliny. To nie ma związku z lansem, to uzależnienie. Podobną postacią jest kapitan Willard z "Czasu apokalipsy" - tamten nie potrafił żyć bez dżungli, ten bez rozbrajania ładunków wybuchowych.
Oczywiście jest możliwe, że ja sama jestem macho i próbuję go usprawiedliwiać w ramach solidarności... :)
James był całkiem ok ;). Są we mnie jeszcze jakieś pokłady empatii. Rozumiem dlaczego przywdział maskę twardziela, ale pewnie gdybyśmy się spotkali rzeczywiście nie znaleźlibyśmy wspólnego języka.
Mam wrażenie, że główny bohater po prostu lubił swoją robotę i dobrze się bawił przy okazji. Co prawda widać było parę razy ból na jego twarzy, gdy stykał się ze śmiercią, ale jakoś nie zauważyłem w nim problemów z własną psychiką. Facet sprawiał wrażenie jakby był bohaterem gry komputerowej, któremu obojętne czy żyje czy nie. Nie wydaje mi się, aby zależało mu na popisywaniu się przed kolegami, ale na utrzymywaniu wysokiego poziomu adrenaliny, nawet narażając ich życie.
Czyli wychodzi na to, że Bigelow przedstawia wojnę jako rodzaj zwyczajnej, przyziemnej pracy. Jedni przychodzą do korporacji i nie wiedzieć czemu siedzą po godzinach i wypruwają sobie dla niej żyły, inni jadą do Iraku rozbrajać bomby, równie mocno się w to angażując, ale nie na poziomie humanitarnym czy filozoficznym, ale takim zwyczajnym. James to taki doktor House -- wie że jest najlepszy i dzięki temu może więcej. Ale nie zależy mu na ratowaniu życia innych, bardziej na przygodzie, na rozwiązaniu ciekawego problemu.
Wojsko to też w sumie korporacja :) Tylko daje więcej adrenaliny, a w zamian za ryzykowanie życiem - pozwala zwiedzać obce kraje :) Swoją drogą od adrenaliny też można się uzależnić, może to jest problem Jamesa.
No nie, wojsko to nie korporacja i ten film jest daleki od takiego twierdzenia - patrzcie cała rola Eldridge'a, czy końcowa rozmowa między Jamesem a Sanbornem. Główny bohater po prostu jechać po bandzie: jedni uprawiają skydiving czy ścigają się na motocyklach, inni rozbrajają bomby.
Dokładnie. Kluczowy jest fragment końcowy, "domowy", który ostatecznie potwierdza taki, a nie inny rys psychologiczny bohatera i powinien rozwiewać wszelkie watpliwości. Mnie w filmie bardzo podobało się zestawienie paradokumentalnej stylistyki, dość surowych środków wyrazu z historią wg mnie mocno osadzoną w konwencji typowo filmowej. Bigelow i spółka bardzo sprawnie prowadzą narrację, płynnie zmieniając punkt widzenia od początkowej obserwacji Jamesa przez resztę ekipy i stopniowo przechodząc w "oczy" Jamesa. Na wstępie widząć jego ryzykanctwo oczami Sanborna i Eldridge'a czułem jak udziela mi się ich własne napięcie. W dalszej części filmu punkt widzenia ulega przemieszczeniu. Bigelow "uczłowiecza" Williama, np. wątkiem z Beckhamem, czy sekwencjami koszarowymi, które tworzą przy okazji swietny kontrast z sekwencjami "akcji". Bohater poza "akcją" wydaje się zagubiony, nadużywa alkoholu, widzimy go kilka razy pogrążonego jakby w śpiączce na koszarowym fotelu (niczym wampira spoczywającego w swojej trumnie ;) ), w oczekiwaniu na nastepny dzień i kolejną porcję życiodajnej adrenaliny, . Stopniowo zacząłem odczuwać do niego sympatię. Wtedy punkt widzenia zmienia się i przechodzi "w oczy" Jamesa. Ruszamy z nim do domu Beckhama. Rozbrajamy kolejny ładunek. Odczuwamy już jego napięcie, jego adrenalinę. Bigelow sprawnie podtrzymuje zainteresowanie tą historia, a narzedziem którym sie posługuje, przynajmniej jesli chodzi o mnie, jest właśnie napięcie i oczywiście warunkująca to sympatia do bohatera. Tutaj też zapewne tkwić może przyczyna ew. niezadowolenia z seansu. Jesli nie polubimy Jamesa, nie będziemy odczuwać w takim stopniu jego adrenaliny, nie udzieli się nam jego napięcie w drugiej części tego widowiska. Nie będziemy mu "kibicować", np. w scenie z "ojcem rodziny". W odniesieniu do tego, ciekaw jestem odczuć @Szarika, który postaci nie polubił.
olamus
napisał(a) o The Hurt Locker. W pułapce wojny
Zbyt dobry by go nie zapamiętać ale zbyt słaby by pamiętać go dłużej. Dla mnie to świetny film o męskim ego...i tyle.
Negrin
Po pierwsze - czemu grać płcią? Po drugie - czemu tak płytko?
olamus
Chciałam uniknąć spoilerów, ale cóż rękawica została rzucona...
Z tym ego to chodziło głownie o dwie rzeczy:
a) Główny bohater wydaje się być bardziej zajęty ustalaniem hierarchii w stadzie i uprawomocnieniem swojej pozycji samca alfa niż tym co się dzieje wokół niego (po co ta wojna?, co ja tu właściwie robię?). Stawką nie jest to czy rozbroisz bombę tylko czy zrobisz to w sposób spektakularny (+2 lansu wśród kolegów i dowództwa).
b) Po powrocie z wojny główny bohater nie może się odnaleźć. Była żona go ignoruje, a dziecko jest za małe żeby go zrozumieć. Nasz hero powraca więc na stare śmieci, tam gdzie czuje się doceniony i może się spełnić.
Trudno mi było się identyfikować z głównym bohaterem i stąd moja taka a nie inna ocena filmu.
Esme
W zasadzie nie przeczę, że moglo tu być sporo o męskim ego, bo trudno żeby było o kobiecym, ale...
Coś mi się zdaje, że nie polubiłaś specjalnie Jamesa i uważasz go za uosobienie machismo.
a) Uważam, że James to typ najemnika, któremu powody, dla których toczy się wojnę, są całkowicie obojętne. Wojna to wojna. Całe życie na jakąś jeździł, potem wracał, potem jechał na następną. Rozbraja bomby i niewiele więcej go obchodzi. Aby rozbrajać je tak, jak lubi, tj ryzykancko, musi ustawić się jako samiec alfa. Akurat w czasie rozmowy z dowództwem sprawial wrażenie zakłopotanego.
b) Oczywiście, że ma trudności, żeby się odnaleźć. Tylko wcale nie chodzi o żonę, która ignoruje, chodzi o to, że brakuje mu adrenaliny. To nie ma związku z lansem, to uzależnienie. Podobną postacią jest kapitan Willard z "Czasu apokalipsy" - tamten nie potrafił żyć bez dżungli, ten bez rozbrajania ładunków wybuchowych.
Oczywiście jest możliwe, że ja sama jestem macho i próbuję go usprawiedliwiać w ramach solidarności... :)
olamus
James był całkiem ok ;). Są we mnie jeszcze jakieś pokłady empatii. Rozumiem dlaczego przywdział maskę twardziela, ale pewnie gdybyśmy się spotkali rzeczywiście nie znaleźlibyśmy wspólnego języka.
umbrin
Mam wrażenie, że główny bohater po prostu lubił swoją robotę i dobrze się bawił przy okazji. Co prawda widać było parę razy ból na jego twarzy, gdy stykał się ze śmiercią, ale jakoś nie zauważyłem w nim problemów z własną psychiką. Facet sprawiał wrażenie jakby był bohaterem gry komputerowej, któremu obojętne czy żyje czy nie. Nie wydaje mi się, aby zależało mu na popisywaniu się przed kolegami, ale na utrzymywaniu wysokiego poziomu adrenaliny, nawet narażając ich życie.
michuk
Czyli wychodzi na to, że Bigelow przedstawia wojnę jako rodzaj zwyczajnej, przyziemnej pracy. Jedni przychodzą do korporacji i nie wiedzieć czemu siedzą po godzinach i wypruwają sobie dla niej żyły, inni jadą do Iraku rozbrajać bomby, równie mocno się w to angażując, ale nie na poziomie humanitarnym czy filozoficznym, ale takim zwyczajnym. James to taki doktor House -- wie że jest najlepszy i dzięki temu może więcej. Ale nie zależy mu na ratowaniu życia innych, bardziej na przygodzie, na rozwiązaniu ciekawego problemu.
Esme
Zabawne, też przypomniał mi się House w związku z tym filmem. :)
Bonar
Wojsko to też w sumie korporacja :) Tylko daje więcej adrenaliny, a w zamian za ryzykowanie życiem - pozwala zwiedzać obce kraje :) Swoją drogą od adrenaliny też można się uzależnić, może to jest problem Jamesa.
Negrin
Co do uzależnienia, to plansza przed filmem mówi przecież dobitnie: "War is a drug".
turin
No nie, wojsko to nie korporacja i ten film jest daleki od takiego twierdzenia - patrzcie cała rola Eldridge'a, czy końcowa rozmowa między Jamesem a Sanbornem. Główny bohater po prostu jechać po bandzie: jedni uprawiają skydiving czy ścigają się na motocyklach, inni rozbrajają bomby.
Jeśli chodzi o resztę, to zgadzam się z Esme.
Oferma
Dokładnie. Kluczowy jest fragment końcowy, "domowy", który ostatecznie potwierdza taki, a nie inny rys psychologiczny bohatera i powinien rozwiewać wszelkie watpliwości.
Mnie w filmie bardzo podobało się zestawienie paradokumentalnej stylistyki, dość surowych środków wyrazu z historią wg mnie mocno osadzoną w konwencji typowo filmowej.
Bigelow i spółka bardzo sprawnie prowadzą narrację, płynnie zmieniając punkt widzenia od początkowej obserwacji Jamesa przez resztę ekipy i stopniowo przechodząc w "oczy" Jamesa. Na wstępie widząć jego ryzykanctwo oczami Sanborna i Eldridge'a czułem jak udziela mi się ich własne napięcie. W dalszej części filmu punkt widzenia ulega przemieszczeniu. Bigelow "uczłowiecza" Williama, np. wątkiem z Beckhamem, czy sekwencjami koszarowymi, które tworzą przy okazji swietny kontrast z sekwencjami "akcji". Bohater poza "akcją" wydaje się zagubiony, nadużywa alkoholu, widzimy go kilka razy pogrążonego jakby w śpiączce na koszarowym fotelu (niczym wampira spoczywającego w swojej trumnie ;) ), w oczekiwaniu na nastepny dzień i kolejną porcję życiodajnej adrenaliny, .
Stopniowo zacząłem odczuwać do niego sympatię. Wtedy punkt widzenia zmienia się i przechodzi "w oczy" Jamesa. Ruszamy z nim do domu Beckhama. Rozbrajamy kolejny ładunek. Odczuwamy już jego napięcie, jego adrenalinę. Bigelow sprawnie podtrzymuje zainteresowanie tą historia, a narzedziem którym sie posługuje, przynajmniej jesli chodzi o mnie, jest właśnie napięcie i oczywiście warunkująca to sympatia do bohatera. Tutaj też zapewne tkwić może przyczyna ew. niezadowolenia z seansu. Jesli nie polubimy Jamesa, nie będziemy odczuwać w takim stopniu jego adrenaliny, nie udzieli się nam jego napięcie w drugiej części tego widowiska. Nie będziemy mu "kibicować", np. w scenie z "ojcem rodziny". W odniesieniu do tego, ciekaw jestem odczuć @Szarika, który postaci nie polubił.
Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook